W życiu nie sądziłam, że spodoba mi się taki kolor. Muszę się przyznać, że zamówiłam go bez większego przekonania – ot, tak, bo takiego jeszcze nie mam. I to była jedna z moich lepszych aliexpressowych decyzji 🙂

Jeśli zaś chodzi o całą koncepcję tej stylizacji, to miałam nie lada zagwostkę. Szukałam w internecie natchnienia na jakieś ogranie tego koloru i dosłownie nic mi się nie podobało. Niby były całkiem fajne pomysły (np. połączenie tego koloru z różem Barbie – odważnie i nietuzinkowo, a ja tak lubię), ale żaden nie krzyczał do mnie “Weź mnie, jestem twój!”. Więc wymyśliłam sobie sama mój pomysł właściwie już podczas malowania ;P

Focallure Y17
cena: 1,12$ link

Jak tylko go zobaczyłam po odkręceniu buteleczki, wiedziałam, że następny mani będzie właśnie z nim <3 Kolor jest po prostu przeboski. Zimny, morsko-niebieski, głęboki. Zmienia się jak kameleon w zależności od światła, ale, na moje szczęście, nie zauważyłam w nim tonów zielonych. Zamawiałam go jako zamiennik Glam Mom od Indigo, ale niestety nigdy nie widziałam tego koloru na żywo. Sądząc po grafice Google rzeczywiście są podobne, z całą pewnością należą do jednej “rodziny” kolorystycznej. Czytałam jednak, że w Glam Mom tony zielone są dość mocno widoczne – w Focallure na szczęście ich nie ma. Ja za zielonym w żadnej postaci nie przepadam, więc świetnie się złożyło, że w moim lakierze rządzą niebieskości.

Oprócz tego, że kolor jest nietuzinkowy i cudny, i och, i ach, sam lakier też jest super! Buteleczka przyszła pełna (ani się z niej nie wylewało, ani nie było mało), przesyłka trwała niecały miesiąc. Lakier jest średniogęsty – nic mi nie spływało nawet przy normalnej (nie ultracienkiej) warstwie – i ma świetne krycie. Na moich długich szponach wystarczyły 2 warstwy, a to się u mnie naprawdę rzadko zdarza.
Podsumowując, nie wiem ile w tym kolorze jest z Glam Mom Indigo, ale… nic a nic mnie to nie obchodzi. Ten lakier odpowiada mi w 100% pod każdym względem niezależnie od tego, do czego jest (bądź nie jest) podobny. Życzę sobie więcej takich perełek <3

 

Złote naklejki (zwykłe, bez wody)
cena: 1,65$ link

Kolejna perełeczka. Naklejki są świetne. W całym arkuszu dostajemy ich aż 108! Ja wybrałam te w kolorze złotym (są też srebrne, śliczne różowe, niebieskie i inne). Podoba mi się, że w każdym rzędzie mamy naklejki podobne do siebie i utrzymane w jednej stylistyce, ale nie skopiowane 1:1 na to samo kopyto. Dzięki temu z łatwością unikniemy powtarzalności na paznokciach, zachowując przy tym spójność zdobienia. Jeśli się przyjrzycie, to zauważycie, że cały rząd składa się z 6 różnych naklejek i powtórzonych tych samych 6 (rząd = 12 naklejek), więc jeśli ktoś lubi mieć na obu dłoniach dokładnie to samo, to też nie będzie z tym problemu.
Naklejki przychodzą przyklejone na przezroczysty dość sztywny arkusz i to jest cudowne rozwiązanie – możemy bez odklejania przyłożyć ten arkusz do paznokcia i zobaczyć, jak całość będzie się prezentować po przyklejeniu (baaardzo pomogło mi to w zdobieniu na serdecznym palcu). Odklejają się od arkusza bez problemu, ładnie przyklejają się na paznokciu. Są cieniutkie, więc u mnie po dwóch warstwach topu właściwie są niewyczuwalne. Po prawie tygodniu noszenia nic mi się nie odkleja. A, no i oczywiście możecie je dowolnie docinać, więc na krótszych paznokciach też powinny się sprawdzić 🙂 Bardzo Wam je polecam!

TRICK: Na wypukłych, nadbudowanych paznokciach (jak moje) naklejki mogą nie przylegać idealnie. Musicie wtedy przykleić je najrówniej, jak się da, a tam, gdzie naklejki jest za dużo i odstaje trzeba ją naciąć delikatnie cążkami. Wystarczy na 1-2mm od zewnątrz do środka. Później wystarczy przykleić najpierw jeden bok i potem drugi i już naklejka przylega wszędzie idealnie!

Mój manicure

Wszystkie oprócz serdecznego i małego pokryłam dwiema warstwami koloru i nałożyłam top z dyspersją polskiej marki CLARESA. Testuję go pierwszy raz, zdam Wam relację za 2-3 tygodnie. Jeśli interesuje Was mój test kolorów Claresy, to zajrzyjcie tutaj.

Serdeczny – przyłożyłam od góry wybraną naklejkę, żeby zorientować się mniej więcej, gdzie będą przebiegać linie. Na zmatowionym żelu Canni (tak, to sam ten żel ma taki boski kolor – więcej o nim tutaj) pomalowałam morskim kolorem całą górę paznokcia x2. Nakleiłam naklejkę, odpowiednio ją oczywiście docinając (sposób na to podałam Wam wyżej). Cienkim pędzelkiem Indigo 004 domalowałam na kolor morski bok i dół paznokcia, podjeżdżając aż do złotego zdobienia, a dół formując w szpiczastego frencha. Pokryłam całość x2 topem z Claresy i tak oto powstało moje oryginalne negative space (bo kto powiedział, że pasuje tylko do zdobień geometrycznych?).

Mały – na zmatowionym żelu tym samym cienkim pędzelkiem namalowałam kolorową końcówkę. Samą końcówkę pomalowałam topem, aby była błyszcząca, a żel zostawiłam matowy dla kontrastu.

Co sądzicie? Ja, powiem szczerze, jestem z tej stylizacji bardzo zadowolona 😉 Kusi Was Glam Mom czy omijacie tego typu kolory z daleka? No i jak podoba Wam się mój niby-zamiennik?